|
Nieczęsto obserwuje się na polskiej scenie muzycznej wykonawców, którzy nagrywając swoją pierwszą długogrającą płytę, tworzą tak naprawdę materiał, jakiego nie powstydziliby się performerzy z tak zwanej pierwszej półki. A już tym bardziej nieczęsto zdarza się, że taki materiał jest niezwykle spójny, drapieżny i przemyślany co do jednej nuty. Psilocybe udowadnia, że jest jednym z tych zespołów, które są w stanie stworzyć właśnie taki krążek. Tak naprawdę długo można by się rozwodzić nad tym, jaki przyzwoity death metal prezentowany jest na „Psilosophy”. Mnóstwo blastów, bardzo technicznie brzmiące gitary, sporo basowych wstawek i niezwykle charyzmatyczny growl – to zdecydowanie wizytówka zespołu. Niemniej jednak największym sukcesem i ostatnim elementem układanki, decydującym o rychłym sukcesie tej płyty może okazać się fakt, iż panowie starają się wyjść poza ramy podstawowego dla siebie gatunku i poszukują inspiracji w innych kierunkach. Na CD usłyszymy zatem elementy technik jazzowych, czy choćby łagodniejszych noise rockowych brzmień (np. w kawałku „Heed”, w którym Domin prezentuje w miarę „czysty” wokal). A to jeszcze nie wszystko! Całość doprawiają także częste zmiany rytmiki, a nawet niekiedy grindcore’owe skrzeki. Płytę można też w pewnym stopniu nazwać awangardową, bowiem bardzo często poprzez mieszankę tak różnej stylistyki wychodzi panom ekstremalnie nielogiczny, aczkolwiek frapujący materiał. W tym względzie zdecydowanie przoduje utwór „To son”, który jest świetnie przyrządzoną potrawą, można zaryzykować nawet stwierdzenie, że kilkudaniowym obiadem. Jako przystawkę otrzymujemy bardzo szybkie tempo, następnie pierwsze danie – czyli sporo psychodelicznych riffów, na drugie podany zaś zostaje soczysty wokal, z mieszanką niskich i wysokich tonów, a wciąż nie mamy dość i na deser serwowana nam jest zajebiście szybka i dobra końcówka. A to wszystko zawarte tylko w kilkuminutowym utworze. Jednakże moim zdecydowanym faworytem jest mimo wszystko kawałek „Fallen corner twist” Na tym przykładzie dobitnie widać, jak dobrą robotę wykonuje bębniarz zespołu, niejaki Marcin Górski. W jego mniemaniu bowiem dźwięki perkusji powinny nieustannie przyspieszać, nie dając wytchnienia pozostałym członkom bandu, a w efekcie zmiażdżyć wszystko co znajduje się wokół. Jakże taka filozofia jest bliska innemu polskiemu perkusiście, mianowicie uznanemu już na świecie Inferno. Niezmiernie cieszy mnie fakt, że pomimo tego, iż Polska jest krajem w większości zacofanym muzycznie, istnieją jeszcze zespoły, które potrafią stworzyć ciekawy, a zarazem różnorodny krążek. Zespół podkreśla, że jest gotowy do intensywnej promocji i nie da się ukryć, że póki co jest w najlepszej formie od początku swojej działalności. A eklektyzm tylko wychodzi im na dobre. Z całą pewnością Psilocybe ma szansę zaistnieć na metalowej scenie.
5,5/6 Iron_Lady
|